A było Ale Afera!
Panie… afera jest
Gdybym miał jednym słowem opisać polskie społeczeństwo, nie powiedziałbym „pracowite”. Nie powiedziałbym „ambitne”. Nawet nie powiedziałbym „narzekające”, choć to przecież nasz sport narodowy zaraz po piłce nożnej i dyskusjach o pogodzie.
Powiedziałbym jedno słowo.
Afera.
I przed oczami – jak żywy – staje Arnold Boczek.
Wchodzi, dyszy, podniecony jakby właśnie odkrył spisek światowy i rzuca:
„Panie… afera jest!”
I wiecie co?
W Polsce to zdanie nigdy się nie starzeje.
Bo w Polsce zawsze jest jakaś afera.
Nie ma tygodnia bez afery.
Nie ma dnia bez afery.
Czasem mam wrażenie, że nawet jak nic się nie wydarzy, to i tak ktoś znajdzie powód, żeby aferę zrobić. Bo przecież nie może być normalnie. Normalność się nie klika. Normalność się nie sprzedaje. Normalność nie elektryzuje.
Afera – to dopiero życie.
Polska żyje aferą. Oddycha aferą. Budzi się z aferą i zasypia z kolejną. Włączasz telefon – afera. Włączasz radio – afera. Wchodzisz na portal – afera. Czasem człowiek zastanawia się, czy gdzieś istnieje równoległa rzeczywistość, w której ktoś po prostu żyje, pracuje, robi swoje i nie musi co trzy godziny przeżywać kolejnego narodowego dramatu.
Ale nie.
U nas zawsze coś.
Ktoś coś powiedział – afera.
Ktoś czegoś nie powiedział – jeszcze większa afera.
Ktoś coś podpisał – afera.
Ktoś nie podpisał – afera, bo czemu nie podpisał.
I to nie ma znaczenia, czy chodzi o miliony złotych, czy o źle ustawiony kosz na śmieci. Skala nie ma znaczenia. Emocja ma znaczenie. A emocja w Polsce musi być duża. Najlepiej ogromna. Najlepiej taka, żeby można było krzyczeć.
Bo spójrzmy wstecz. Polska historia ostatnich lat wygląda jak serial, w którym scenarzysta stwierdził: „wrzucimy wszystko”.
Była afera Rywina.
Nagrania, komisje, polityka na żywo. Cała Polska siedziała przed telewizorami jak przy finale mundialu.
Potem przyszła afera Amber Gold.
Obietnice, złoto, tysiące ludzi i wielkie „jak to możliwe”.
Potem taśmy.
Restauracje, podsłuchy, rozmowy, które miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego. A ujrzały. I nagle okazało się, że kulisy polityki brzmią jak rozmowy przy grillu.
Potem kolejne.
GetBack.
Respiratory.
Maile.
Wizy.
Spółki.
Fundusze.
I każda kolejna przykrywała poprzednią szybciej niż memy w internecie.
Bo w Polsce afera nie trwa długo.
Afera żyje do momentu, aż pojawi się nowa.
A nowa pojawia się zawsze.
Najbardziej absurdalne jest to, że my niby mamy tego dość. Niby narzekamy. Niby mówimy „ile można”. Niby przewracamy oczami. A potem…
Klikamy.
Udostępniamy.
Komentujemy.
Dyskutujemy.
Bo afera daje emocję. A emocja to dziś waluta. Spokojna informacja nie ma szans. „Zrobiono coś dobrze” – cisza. „Zrobiono coś źle” – eksplozja.
I nagle wszyscy są ekspertami. Od prawa. Od polityki. Od finansów. Od wszystkiego. Bo w Polsce każdy zna się najlepiej wtedy, gdy jest afera.
I tu zaczyna się problem. Bo kiedy wszystko jest aferą, przestajemy widzieć, co jest naprawdę ważne. Prawdziwe problemy giną w natłoku pseudo-afer. Duże sprawy tracą znaczenie, bo pojawia się kolejna, głośniejsza. Społeczeństwo się męczy. Społeczeństwo się znieczula.
I nagle okazuje się, że coś naprawdę poważnego przechodzi bokiem.
Bo jesteśmy zajęci kolejną „aferą dnia”.
To jak życie w permanentnym alarmie.
Na początku reagujesz.
Potem reagujesz mniej.
A potem… przestajesz reagować w ogóle.
I dlatego dziś, gdy ktoś krzyczy „afera”, coraz więcej ludzi tylko wzrusza ramionami. Bo skoro afera jest codziennie, to czy to jeszcze afera?
Bo w Polsce naprawdę…
Panie, afera jest.
Tylko że u nas…
afera jest zawsze.
Uważasz materiał za interesujący? Podziel się!



Opublikuj komentarz