Co to był za rok? | Hajpowisko #40

2025. Rok, który nie miał jednego tematu, tylko milion drobnych pęknięć

Jeśli ktoś za dziesięć lat zapyta: „jaki był 2025?”, to nie będzie jednej odpowiedzi. To nie był rok jednego wielkiego wydarzenia, jednej tragedii, jednego zwycięstwa, jednej daty, którą zapisze się w podręcznikach. To był rok zmęczenia materiału. Rok, w którym świat, Polska i my sami zaczęliśmy skrzypieć jak stare zawiasy. Niby jeszcze działamy, niby jeszcze się kręci, ale każdy ruch wydaje dźwięk, który mówi: „tak dłużej się nie da”.

I może właśnie dlatego tak trudno go podsumować jednym hasłem. Bo 2025 nie krzyczał. On mruczał pod nosem. Dawał sygnały ostrzegawcze, ale nigdy do końca nie zapalał czerwonej lampki. To był rok ostrzeżeń bez alarmu, a takie lata są najbardziej zdradliwe.

To był rok, w którym wszystko było trochę. Trochę wojny. Trochę strachu. Trochę nadziei. Trochę rozwoju. Trochę stagnacji. Trochę śmiechu przez łzy. I to „trochę” było najgorsze, bo nie pozwalało ani krzyczeć, ani odetchnąć.

Bo „trochę” to stan zawieszenia. Nie boli na tyle, żeby leczyć, i nie jest dobrze na tyle, żeby odpuścić. Człowiek tkwi w pół kroku, w pół decyzji, w pół emocji. I właśnie tak wyglądał ten rok – jak ciągłe stanie w drzwiach.

ŚWIAT: NORMALIZACJA ABSURDU

Na świecie w 2025 roku wydarzyło się coś fundamentalnego, choć nienazwanego: absurd stał się normą. Wojna przestała być „breaking newsem”, stała się tłem. Konflikty nie znikały, one się tylko przesuwały w kolejce do uwagi. Jeden gasł w nagłówkach, drugi zapalał się na mapie. Śmierć miała różne flagi, różne języki, ale ten sam efekt: kolejne liczby, kolejne statystyki, kolejne „niestety”.

I to „niestety” przestało cokolwiek znaczyć. Stało się słowem-wytrychem, który zamykał temat szybciej, niż go otwierał.

I myśmy się tego nauczyli. Nauczyliśmy się żyć w świecie, w którym tragedia jest jednym z wielu bodźców. To nie znaczy, że ludzie są źli. To znaczy, że psychika ma granice. W 2025 roku granice empatii zaczęły się wyraźnie rysować. Nie dlatego, że nie chcemy czuć. Dlatego, że nie da się czuć wszystkiego naraz.

Świat nie stał się bardziej brutalny. On stał się bardziej głośny. A w hałasie nawet prawda brzmi jak szum.

Technologia tylko to pogłębiła. AI przestało być futurystycznym gadżetem. Stało się narzędziem codzienności. Pisze, liczy, generuje, poprawia, symuluje. I jednocześnie zaciera granice. W 2025 roku coraz częściej nie pytaliśmy już „czy to prawda?”, tylko „czy to mi pasuje?”. Deepfake’,  zmanipulowane nagrania, wyrwane z kontekstu wypowiedzi – to wszystko przestało szokować. To zaczęło nużyć. A kiedy coś nuży, przestajesz z tym walczyć.

I to jest moment, w którym technologia wygrywa nie dlatego, że jest mądrzejsza, tylko dlatego, że człowiek jest zmęczony.

Świat w 2025 roku nie runął. On osiadł. Jak kurz na meblach. Powoli, równo, wszędzie.

I nikt już nie pamięta, kiedy ostatnio był naprawdę zdziwiony.

EUROPA: MIĘDZY STRACHEM A ZMĘCZENIEM

Europa w tym roku wyglądała jak ktoś, kto długo biegł i nagle złapał zadyszkę. Kryzysy energetyczne niby opanowane, ale drogo. Migracja niby zarządzana, ale napięta. Gospodarka niby stabilna, ale krucha. Polityka niby przewidywalna, ale coraz bardziej reakcyjna.

To był kontynent, który bardziej reagował, niż planował. Gaszenie pożarów stało się strategią.

W 2025 roku coraz wyraźniej było widać, że Europa boi się jednej rzeczy najbardziej – zmiany stylu życia. Każda decyzja była balansowaniem: nie za bardzo, nie za szybko, nie za odważnie. Lepiej pół kroku niż krok. Lepiej korekta niż wizja. To nie był kontynent marzeń. To był kontynent utrzymywania stanu.

I być może właśnie dlatego młodzi coraz częściej patrzyli poza Europę, a starsi coraz częściej mówili: „kiedyś było inaczej”.

POLSKA: PAŃSTWO W TRYBIE KONFLIKT

W Polsce 2025 był rokiem permanentnego zwarcia. Premier kontra prezydent. Prezydent kontra rząd. Rząd kontra Trybunał. Trybunał kontra zdrowy rozsądek. Konflikt nie był środkiem do rozwiązania czegokolwiek. Konflikt był treścią dnia.

Każdy tydzień miał swojego wroga. Każdy dzień miał swoją narrację. I każda strona była przekonana, że to ta druga niszczy państwo.

To był rok, w którym polityka coraz mniej dotyczyła ludzi, a coraz bardziej dotyczyła samych polityków. Konferencje prasowe brzmiały jak riposty, nie jak odpowiedzi. Projekty ustaw były pisane pod kamery, nie pod rzeczywistość. A społeczeństwo? Społeczeństwo w 2025 roku zrobiło coś bardzo polskiego: zmęczyło się kłótnią.

Nie było już emocji, była rutyna. Kolejny spór, kolejny dzień, kolejny scroll.

Nie było wielkich masowych buntów. Była obojętność. Było przewracanie oczami. Było „oni wszyscy tacy sami”. I to jest moment groźniejszy niż gniew, bo gniew jeszcze wierzy, że coś można zmienić. Obojętność już nie.

A państwo, które przestaje wzbudzać emocje, zaczyna tracić realny wpływ.

Jednocześnie Polska żyła dalej. Ludzie pracowali, zakładali rodziny, brali kredyty, kłócili się o ceny, o szkoły, o lekarzy, o przyszłość dzieci. Państwo było jak sąsiad zza ściany – słychać, że coś robi, ale nie wiadomo co i czy na pewno dobrze.

I coraz mniej osób miało ochotę sprawdzać.

KIELCE: CODZIENNOŚĆ BEZ FAJERWERKÓW

W Kielcach 2025 był rokiem bardzo… kieleckim. Bez wielkich eksplozji, za to z ciągłym napięciem między „ambicją” a „rzeczywistością”. Z jednej strony narracja rozwoju: projekty, inwestycje, strategie, zielone wizje, rowery, hasła. Z drugiej – codzienność: szkoły, osiedla, sport młodzieżowy, seniorzy, komunikacja, drogi, pieniądze, których zawsze jest „trochę za mało”.

Miasto chciało iść do przodu, ale ciągle potykało się o własne sznurówki.

To był rok, w którym miasto bardzo chciało wyglądać nowocześnie, a jednocześnie coraz trudniej było mu ogarniać podstawy. I nie dlatego, że ktoś jest zły czy głupi. Tylko dlatego, że priorytety się rozjeżdżały.

Zbyt dużo rzeczy było „ważnych”, a zbyt mało było naprawdę „pierwszych”.

Sport? Zawodowy błyszczy, dziecięcy walczy o przetrwanie. Transport? Wizje długofalowe, codzienność zakorkowana. Społeczność? Oficjalnie ważna, praktycznie często spychana na „później”. Kielce w 2025 były jak człowiek, który planuje maraton, a nie ma czasu na sen.

Ambicja była, ale regeneracji brak.

A mimo to – i to jest paradoks – to miasto dalej działało dzięki ludziom, nie dzięki systemom. Dzięki trenerom, nauczycielom, rodzicom, wolontariuszom, kibicom, społecznikom. Dzięki tym, którzy nie pytają „czy się opłaca”, tylko „czy trzeba”.

I to oni byli prawdziwym budżetem miasta.

SPOŁECZEŃSTWO: ZNIECZULICA

Najważniejszy temat 2025 roku nie był polityczny ani gospodarczy. Był psychologiczny. To była znieczulica. Nie agresja. Nie bunt. Znieczulica.

Stan, w którym człowiek nie krzyczy, bo wie, że nikt nie słucha.

Ludzie coraz rzadziej reagowali. Na krzywdę. Na głupotę. Na chamstwo. Na niesprawiedliwość. Nie dlatego, że im nie zależy. Dlatego, że są przeciążeni. Informacją, emocją, napięciem. 2025 był rokiem, w którym wiele osób powiedziało w duchu: „nie mam już siły się wkurwiać”.

A brak siły to najcichszy kryzys.

I to jest stan, który zostaje na długo.

Bo kiedy organizm nauczy się obojętności jako mechanizmu obronnego, bardzo trudno go potem nauczyć znowu reagować.

I CO Z TEGO ZOSTAJE?

2025 nie był rokiem spektakularnym. Był rokiem procesów, które wciąż trwają. To rok, który niczego nie zamknął, ale wiele rzeczy odsłonił. Pokazał, jak łatwo przywyknąć do chaosu. Jak łatwo zaakceptować bylejakość. Jak trudno wrócić do prawdziwego zaangażowania.

To był rok bez finału, ale z długim wstępem.

To był rok ostrzegawczy. Bez syren. Bez huku. Bez dramatu na finał. Taki, który mówi: „uważaj, bo można tak żyć latami”.

I właśnie dlatego jest groźny.

I jeśli coś z 2025 powinno zostać z nami na 2026, to nie strach. Nie cynizm. Tylko świadomość, że najgorsze nie jest to, że jest źle. Najgorsze jest to, że można się do tego przyzwyczaić.

To był 2025.

Nie wielki.

Nie straszny.

Nie przełomowy.

Po prostu niepokojąco normalny.

PODSUMOWANIE

To było tylko krótkie podsumowanie.

Takie skrótowe, wybiórcze, niedoskonałe.

Mierne, całkiem jak moje felietony.

Uważasz materiał za interesujący? Podziel się!

Opublikuj komentarz