Cyrk Radomski | Hajpowisko #43

Radom Radomiem Polski.

I nie jest to ani komplement, ani metafora literacka. To jest stan faktyczny, który wraca cyklicznie, jak grypa w lutym i jak Ekstraklasa po przerwie. Za każdym razem, gdy ktoś jeszcze próbuje udawać, że „to tylko incydent”, Radom wstaje, otrzepuje się z pyłu absurdu i mówi: potrzymaj mi piwo. A potem robi pokaz warcholstwa w pełnej krasie, z butelką w ręku i chaosem w oczach. To nie jest jednorazowy wybuch. To jest schemat, który w tym mieście powtarza się z niepokojącą regularnością. I im częściej się powtarza, tym trudniej udawać, że „nic się nie stało”.

Ja naprawdę chciałbym pisać o Radomiu inaczej. Serio. Są tam dobrzy ludzie. Są normalne rodziny, są kibice, którzy przychodzą na stadion z dziećmi, są miejsca, do których da się pójść bez uczucia, że zaraz wydarzy się coś niepokojącego. Ale obok tego wszystkiego istnieje ten drugi Radom. Ten, który odpala się przy pierwszym pretekście. Ten, który myli derby z polem bitwy. Ten, który zamiast piłki nożnej widzi w tym wszystkim okazję do pokazania, kto tu jest „panem”. I ten Radom, niestety, za często przejmuje mikrofon.

Można się z tego śmiać. Można mówić o Zbyszko 3 cytryny, można żartować z kompleksu Warszawy, można tłumaczyć to latami bycia „obok”, „niedocenionym”, „zawsze w cieniu”. Ale prawda jest prostsza i znacznie mniej zabawna. To jest kwestia kultury stadionowej i granic, które w Radomiu regularnie są przekraczane. I nie mówimy tu o gwizdach, wulgaryzmach czy ostrych przyśpiewkach, bo to jest folklor tej ligi. Mówimy o momencie, w którym futbol przestaje być futbolem, a zaczyna się agresja. I ten moment w Radomiu pojawia się zdecydowanie zbyt łatwo.

Bo to, co wydarzyło się po meczu, nie było „emocją”. Nie było „nerwem”. Nie było chwilowym zagotowaniem. To była czysta, brutalna agresja. Rzuty butelkami. Wtargnięcia. Szarpaniny. Krew. Szpital. Policja na murawie. To nie są obrazki, które da się przykryć komunikatem o „zawiedzionych emocjach kibiców”. To są obrazki, które kompromitują klub, miasto i całą ligę. I każdy, kto próbuje to relatywizować, dokłada cegiełkę do problemu.

I tu trzeba powiedzieć jedną rzecz bardzo jasno, bez kręcenia, bez „ale”.

To nie było starcie kibiców.

To było uderzenie w ludzi, którzy przyjechali grać w piłkę. W zawodników. W sztab. W klub. W ludzi, którzy wykonują swoją pracę. I nie ma znaczenia, jaki herb mają na koszulce. Dziś to była Korona. Jutro może być ktoś inny. Granica została przekroczona i to jest fakt, a nie opinia.

I teraz przechodzimy na naszą stronę mocy, bo my jesteśmy z Kielc. I my wiemy, czym jest charakter. Tylko że trzeba to powiedzieć uczciwie: Korona Kielce też nie jest krystaliczna. Nie była, nie jest i nigdy nie będzie. W Kielcach też bywało gorąco. Też puszczały nerwy. Też zdarzały się momenty, z których nie ma powodu być dumnym. To nie jest klub z aureolą. To jest klub po przejściach. I właśnie dlatego ta różnica jest tak istotna.

Bo u nas te sytuacje były incydentami, a nie normą. Wyskokami, a nie stylem. Błędem chwili, a nie elementem tożsamości. W Kielcach charakter zawsze oznaczał coś innego niż agresję. Oznaczał stanie przy swoich, nawet kiedy jest ciężko. Oznaczał zaciskanie zębów, a nie pięści. Oznaczał przetrwanie, a nie demolowanie wszystkiego wokół.

I w tym całym syfie Korona zachowała się po prostu normalnie. Bez płaczu. Bez paniki. Bez narracji ofiary. Bez dolewania oliwy do ognia. Było twardo. Było godnie. Było po męsku. Nie idealnie, nie teatralnie, ale tak, jak trzeba w takiej sytuacji.

Symbolem tej postawy był Marcin Cebula.

Scyzoryk do kości. Facet, który nie odwraca głowy, kiedy ktoś krzywdzi jego kolegę z drużyny. Kiedy robi się gorąco, on nie szuka kamer, nie liczy sekund, nie kalkuluje kar. On po prostu staje. Jak trzeba – w poprzek. Jak trzeba – pierwszy. Jak trzeba – bez gadania. Nie po to, żeby się bić. Po to, żeby powiedzieć: tu jest granica.

To jest duch Korony. To jest duch Kielc.

Nie robimy cyrków. Nie rzucamy butelkami. My stoimy za swoimi.

I właśnie tego Radom wciąż nie rozumie albo nie chce zrozumieć. Bo problem Radomia nie polega na tym, że ktoś się wkurzył. Problem polega na tym, że za często nikt nie potrafi tego wkurwu zatrzymać. Że stadion bywa miejscem przyzwolenia. Że agresja jest tłumaczona „emocją”, a warcholstwo „temperamentem trybun”. Że po każdym takim zdarzeniu jest to samo: komunikaty, ubolewanie, przeprosiny i… cisza. Do następnego razu.

A futbol nie jest od tego, żeby usprawiedliwiać przemoc. Futbol jest od emocji, ale emocje bez granic kończą się patologią. I to jest moment, w którym liga, klub i miasto muszą powiedzieć „dość”, albo pogodzić się z tym, że ta łatka zostanie na długo.

My w Kielcach nie musimy nic udowadniać.

Korona pojechała, zrobiła swoje, wygrała i wróciła z podniesioną głową.

Bez chaosu. Bez krwi na rękach. Bez wstydu.

Radom?

Radom znowu pokazał, że potrafi spierdolić nawet piłkę nożną.

I to nie jest hejt.

To jest diagnoza.

Na koniec więc jasno i bez ironii: szacunek dla piłkarzy, którzy zachowali zimną krew. Szacunek dla Korony. Szacunek dla Marcina Cebuli, bo takich zawodników chce się mieć po swojej stronie, kiedy robi się naprawdę brzydko.

Reszta?

Niech się tłumaczy przed komisjami, kamerami i własnym sumieniem.

My jesteśmy z Kielc.

My wiemy, kim jesteśmy.

Uważasz materiał za interesujący? Podziel się!

Opublikuj komentarz