HEJTOKRACJA | HAJPOWISKO #44

Hejt czy krytyka? Pytanie niby banalne, a jednak mam wrażenie, że dla połowy społeczeństwa to dziś to samo. Wszystko wrzucone do jednego worka, przemielone przez emocje, wyplute w komentarzach. Kiedyś była różnica. Wyraźna. Krytyka była częścią rozmowy. Była potrzebna, czasem bolesna, ale potrzebna. Hejt był czymś, czego się wstydzono. Dziś hejt ubiera się w kostium „szczerości”, a krytykę oskarża się o agresję. Świat stanął na głowie, a my jeszcze bijemy brawo, że tak odważnie.

Bo zobacz, jak to dziś działa. Ktoś coś robi – reagujemy. Nie zastanawiamy się, nie analizujemy, nie próbujemy zrozumieć. Reagujemy. Szybko. Ostro. Najlepiej z przytupem. Jedno zdanie, dwa wulgaryzmy, trochę sarkazmu i gotowe. W komentarzach trwa wyścig nie o rację, tylko o najmocniejszą ripostę. O to, kto dowali celniej. O to, kto zbierze więcej lajków za brutalność. I w tym całym konkursie zapomnieliśmy, że po drugiej stronie jest człowiek.

Zapomnieliśmy też, że komentarz to nie jest ring bokserski. To nie jest konkurs na najbardziej bezwzględny tekst dnia. A jednak zachowujemy się tak, jakby każde zdanie było walką o przetrwanie. Jakby brak odpowiedzi oznaczał przegraną. Jakby milczenie było słabością. W efekcie rozmowa przestaje być rozmową. Staje się pojedynkiem. I to nie na argumenty, tylko na siłę uderzenia.

Krytyka to nie jest atak. Krytyka to ocena działania. Mówisz: „to było źle zrobione”, „tu popełniono błąd”, „to rozwiązanie jest słabe”. I masz do tego pełne prawo. Ba, to jest zdrowe. Społeczeństwo bez krytyki gnije. Bez niej nie ma rozwoju, nie ma poprawy, nie ma refleksji. Krytyka to forma troski o standard. O jakość. O sens.

Ale hejt zaczyna się tam, gdzie przestajesz mówić o działaniu, a zaczynasz mówić o człowieku. Gdzie zamiast „ten projekt jest nieprzemyślany” piszesz „ty jesteś nieudacznikiem”. Gdzie zamiast „ten mecz był słaby” leci „skończ karierę, patałachu”. Gdzie zamiast „nie zgadzam się z tą decyzją” pojawia się „jesteś zerem”. To jest ta różnica. Prosta. Logiczna. A jednak coraz rzadziej respektowana. Oczywiście podane przykłady są mocno odstające od normy. Zazwyczaj lecą wyzwiska.

Dlaczego wszyscy reagują agresją? Bo agresja jest łatwa. Nie wymaga wysiłku. Nie wymaga myślenia. Wystarczy impuls. A impulsów mamy dziś aż nadto. Świat jest szybki, nerwowy, napięty. Informacje bombardują nas bez przerwy. Wojny, kryzysy, ceny, polityka, skandale. Każdy dzień to nowa dawka emocji. Psychika ma granice. I kiedy już nie daje rady, kiedy nie masz wpływu na wielkie rzeczy, wyładowujesz się na małych. Na kimś, kto wrzucił zdjęcie. Na kimś, kto powiedział coś nie do końca idealnie. Na kimś, kto odniósł sukces.

Bo sukces też dziś prowokuje. Kiedyś gratulowało się bez zgrzytu zębów. Dziś pod czyimś osiągnięciem pojawia się festiwal podważania. „Pewnie po znajomości.” „Zobaczymy, jak długo.” „Miał szczęście.” „Niech pokaże za rok.” Jakby cudze powodzenie było osobistą porażką obserwującego. Jakby świat był grą o sumie zerowej i czyjaś wygrana automatycznie odbierała coś tobie.

To jest mentalność oblężonej twierdzy. Każdy przeciwko każdemu. Każdy sukces podejrzany. Każdy błąd – okazja do linczu. I co najgorsze, zaczynamy to traktować jak normę. Jak naturalny krajobraz internetu. Jak pogodę, na którą nie mamy wpływu.

I nie, to nie jest tylko problem anonimowości. Owszem, internet daje odwagę tym, którzy w realu nie powiedzieliby pół słowa. Ale coraz częściej hejt wychodzi poza ekrany. Widać go w rozmowach, w tonie, w reakcjach. Widać go w tym, jak szybko oceniamy. Jak łatwo przyklejamy etykiety. Jak chętnie dzielimy ludzi na „naszych” i „tamtych”.

Szybkość stała się wartością samą w sobie. Reagować natychmiast, bez pauzy. A pauza jest dziś największym luksusem. Sekunda zastanowienia. Sekunda pytania: „czy to jest potrzebne?”. Sekunda, w której mógłbyś wybrać słowa inaczej. Sekunda, w której mógłbyś nie wysłać tej wiadomości. Sekunda, w której mógłbyś napisać mniej, a powiedzieć więcej.

Empatia? Słowo, które coraz częściej brzmi jak relikt. Jeśli próbujesz zrozumieć drugą stronę – jesteś miękki. Jeśli nie dołączasz do linczu – jesteś podejrzany. Jeśli mówisz „może trochę za daleko” – stajesz się wrogiem tłumu. A przecież empatia nie oznacza zgody na wszystko. Nie oznacza braku stanowiska. Oznacza świadomość, że twoje słowa mają wagę. Że ktoś może je wziąć do siebie. Że twoja ironia dla ciebie jest błyskotliwa, a dla kogoś może być kolejnym gwoździem.

„To tylko internet” – powtarzamy jak mantrę. Nie. To nie jest „tylko internet”. To są realne emocje. Realne osoby. Realne konsekwencje. Dzieci czytają komentarze. Młodzi ludzie budują na ich podstawie obraz siebie. Dorośli też nie są z kamienia. Można udawać, że to nie boli, że ma się grubą skórę. Ale nikt nie jest odporny na nieustanne podważanie, wyśmiewanie, odczłowieczanie.

I z czasem dzieje się coś jeszcze gorszego. Ludzie przestają mówić. Wycofują się. Nie dlatego, że nie mają zdania. Dlatego, że nie chcą być celem. Nie chcą kolejnej fali. Nie chcą kolejnego festiwalu wyzwisk. A kiedy rozsądni milkną, przestrzeń wypełnia krzyk.

I teraz najważniejsze: nie chodzi o to, żebyśmy wszyscy nagle zaczęli pisać cukierkowo. Świat nie potrzebuje fałszywej uprzejmości. Potrzebuje zdrowego rozsądku. Potrzebuje twardej, konkretnej krytyki bez osobistego jadu. Potrzebuje rozmowy, nie egzekucji. Można się nie zgadzać. Można się spierać. Można mówić wprost. Ale można to robić bez odbierania komuś godności.

Hejt to nie jest odwaga. To nie jest „mówienie jak jest”. To często zwykła frustracja przebrana za bezkompromisowość. Krytyka wymaga myślenia. Wymaga argumentu. Wymaga odwagi stanięcia za swoim zdaniem twarzą w twarz. Hejt wymaga tylko klawiatury.

Jesteśmy głosem zdrowego rozsądku, czy chcemy, czy nie. Każdy z nas, kiedy pisze, komentuje, reaguje. Każdy dokłada cegłę do tej przestrzeni. Pytanie brzmi: czy dokładamy cegłę pod rozmowę, czy pod mur, który nas oddziela? Czy budujemy mosty, czy barykady?

Bo jeśli dalej będziemy mylić hejt z krytyką, to w końcu nie zostanie nam nic poza wrzaskiem. A w świecie, w którym wszyscy krzyczą, nikt nikogo nie słyszy. I to dopiero będzie prawdziwy problem. Nie różnice zdań. Nie spory. Tylko cisza ludzi, którzy przestali wierzyć, że warto mówić.

A kiedy zdrowy rozsądek przestaje być słyszalny, zaczyna się chaos. I to nie jest metafora. To jest realny kierunek, w którym możemy iść, jeśli nie zaczniemy od najprostszego: odróżnić krytykę od hejtu i wziąć odpowiedzialność za własne słowa.

Uważasz materiał za interesujący? Podziel się!

Opublikuj komentarz