Ona zawsze wraca | Hajpowisko #42
Co roku obiecuję sobie to samo. Że tym razem zachowam dystans. Że nie dam się złapać. Że popatrzę na to wszystko z boku, z lekkim uśmiechem politowania, jak dorosły na dzieci biegające po kałużach. I co roku kończy się identycznie. Wraca ona. Nasza kochana, rodzima liga. Ekstraklasa. Królowa chaosu. Fenomen socjologiczny. Zjawisko, którego nie da się logicznie obronić, ale bez którego nawet te krótkie przerwy między sezonami potrafią zostawić dziwną pustkę. Nie dlatego, że jest najlepsza. Tylko dlatego, że jest nasza. Brutalnie, bezwstydnie, po polsku.
To nie jest futbol z katalogu UEFA. To nie jest gra, którą pokazujesz komuś z zagranicy, mówiąc „pa na to!”. To jest futbol w wersji „życie”. Z całym syfem, niedoróbkami, absurdami i momentami, w których nagle – zupełnie nie wiadomo dlaczego – robisz się emocjonalnie zaangażowany po uszy. I właśnie dlatego Ekstraklasa wraca zawsze. Nieważne, ile razy obiecujesz sobie, że już nie. Ona i tak znajdzie drogę.
I wróciła. Ledwo ruszyła runda ‚wiosenna’, a już dostaliśmy sygnał ostrzegawczy: „będzie dobrze”. Bo w Radomiu… nie zagrali. Mecz zaplanowany, liga gotowa, kibice czekają, a rzeczywistość mówi „stop”. Organizacyjny klops na samym starcie, taki, który idealnie podsumowuje naszą ligową rzeczywistość. I nie chodzi nawet o to, że mecz się nie odbył. Chodzi o to, że to wydarzyło się dokładnie wtedy, kiedy liga najbardziej chciała wyglądać profesjonalnie. Na wejściu. Na świeżo. Na czysto.
Czy w Radomiu w ogóle coś działa? To pytanie aż samo się ciśnie na usta, choć uczciwie trzeba powiedzieć jedno: to nie jest personalny atak na miasto, tylko na organizację. Zresztą, żeby nie było: lubię Kękę, lubię serki homogenizowane z Rolmleczu, więc możemy uznać, że jakiś sentyment jest. Ale Ekstraklasa sentymentów nie uznaje. Tu nie ma taryfy ulgowej. Albo dowozisz, albo stajesz się memem. I Radom, chcąc nie chcąc, na inaugurację sezonu stał się symbolem wszystkiego, co w tej lidze potrafi pójść nie tak. Chociaż Radom już od dawna na to pracuje.
I właśnie wtedy Ekstraklasa pokazuje swoją drugą twarz. Bo w tym samym czasie, gdzie indziej piłka normalnie się toczy. Są mecze, są emocje, są bramki, są nerwy. Tam, gdzie futbol ruszył, wszystko wyglądało tak, jak powinno w tej lidze wyglądać: intensywnie, momentami brzydko, często chaotycznie, ale prawdziwie. I nagle łapiesz się na tym, że mimo ironii, mimo wkurwu, mimo komentarzy o „cyrku” – siedzisz i oglądasz. Bo Ekstraklasa to nie jest liga do podziwiania. To jest liga do przeżywania.
Na tym tle zimowe narracje transferowe brzmią jeszcze głośniej. A jeśli mówimy o hałasie, to nie da się pominąć jednego tematu: Widzew. Klub, który w Kielcach wywołuje reakcje alergiczne szybciej niż pyłki w maju. Zimą było głośno. Transfery, ambicje, wielkie słowa, jeszcze większe oczekiwania. Projekt, który na papierze wygląda ambitnie i który medialnie został sprzedany jako coś więcej niż „kolejny sezon w Ekstraklasie”.
I teraz uczciwie: jest w tym coś ciekawego. Widzew chce być duży, chce być zauważalny, chce wyjść ponad przeciętność. Tylko że Ekstraklasa ma jedną cechę, o której kluby takie jak Widzew regularnie zapominają: ona nie znosi baloników. Tu wszystko, co nadmuchane, prędzej czy później pęka. Nie dlatego, że ktoś źle życzy. Tylko dlatego, że ta liga brutalnie weryfikuje każde „tu i teraz”.
Piszę to ironicznie, z pociągu do Łodzi, ale bez taniej złośliwości. Widziałem już zbyt wiele projektów, które miały być wielkie, a kończyły się na nerwowym liczeniu punktów. Ekstraklasa nie nagradza narracji. Ona nagradza cierpliwość, spokój, konsekwencję i umiejętność przetrwania momentów, kiedy wszystko się sypie. Dlatego mam prawo wątpić. Nie z zazdrości. Z doświadczenia.
I właśnie w tym całym zgiełku, wśród medialnych baniek, organizacyjnych wpadek i wielkich zapowiedzi, Korona Kielce robi coś, co w tej lidze jest coraz rzadsze: wygląda normalnie. A w Ekstraklasie „normalnie” to największy komplement.
Korona nie krzyczy. Korona nie obiecuje Europy. Korona nie pompuje balonów. Korona po prostu robi swoje. I to jest coś, co w Kielcach naprawdę zaczyna być widać. Klub, który przez lata był szarpany, ratowany, sprzedawany, przepychany z rąk do rąk, dziś ma jedną rzecz, której wcześniej dramatycznie brakowało: stabilność.
Tu wchodzi temat Łukasza Maciejczyka. Właściciela, który nie jest celebrytą, nie jest twarzą kampanii reklamowej, nie biega po mediach z wizją zbawienia polskiej piłki. Jest za to kimś, kto rozumie jedno: w Ekstraklasie nie wygrywa się rewolucjami. Wygrywa się spokojem. Maciejczyk nie zrobił z Korony zabawki. Zrobił z niej projekt do poukładania. Bez fajerwerków, za to z planem. I przede wszystkim to kibic. Nasz chłop. Takich ludzi w piłce nożnej jest jak na lekarstwo.
I to widać. Korona wygląda jak drużyna, która wie, kim jest. Czasem lepiej, czasem gorzej ale trzyma poziom. Jest intensywna, jest niewygodna, jest momentami toporna, ale jest zespołem. A w tej lidze zespołowość to waluta cenniejsza niż nazwiska. Tu się wygrywa charakterem.
Jako kibic z Kielc, jako ktoś, kto połowicznie stąd pochodzi, ale ma w sobie sto procent świętokrzyskiej krwi, patrzę na to z ostrożnym optymizmem. Bez hurraoptymizmu. Bez odlotów. Po prostu z ulgą. Bo po latach chaosu dobrze zobaczyć klub, który nie żyje od konferencji do konferencji, tylko od meczu do meczu.
I właśnie tu pojawia się runda wiosenna, na którą w Kielcach czeka się dziś inaczej niż kiedyś. Bez drżenia rąk, bez obsesyjnego liczenia punktów jeszcze przed pierwszym gwizdkiem(no może trochę bo nasza piękna liga jest bardzo spłaszczona), bez tej starej, dobrze znanej paniki, że „jak się nie uda teraz, to się posypie wszystko”. Bez zależności od władz miejskich. Oczekiwania są, jasne – bo to nie jest miasto, które przestało marzyć – ale są osadzone w rzeczywistości. Kibice chcą potwierdzenia, nie sensacji. Chcą zobaczyć, że Korona potrafi grać swoje także wtedy, gdy przyjdą gorsze momenty, gdy ktoś wpadnie w dołek, gdy rywal zacznie narzucać warunki. Nie chodzi o konkretne miejsce w tabeli ani o szybkie deklaracje celu. Chodzi o powtarzalność, o to, czy ten zespół jest w stanie przejść przez rundę bez rozsypywania się mentalnie, bez nerwowych ruchów, bez wpadania w spiralę. W Kielcach coraz częściej słychać, że najważniejsze to nie zepsuć tego, co wreszcie zaczęło działać. A w Ekstraklasie to już bardzo dużo.
I właśnie dlatego Ekstraklasa znowu wciąga. Bo obok absurdów są takie historie. Obok Radomia są Kielce. Obok baloników są projekty, które nie muszą krzyczeć, żeby być sensowne. Ta liga nigdy nie będzie idealna. Nigdy nie będzie przewidywalna. Nigdy nie będzie „ładna”. Ale będzie prawdziwa. Brutalna. Momentami śmieszna. Momentami frustrująca. I właśnie dlatego… ona zawsze wraca.
A my razem z nią. Choćbyśmy się zarzekali, że to już ostatni raz.
Uważasz materiał za interesujący? Podziel się!



Opublikuj komentarz