Postanówmy coś razem | Hajpowisko #41
Postanowienia noworoczne to jeden z najbardziej konsekwentnie niekonsekwentnych rytuałów, jakie sobie wymyśliliśmy. Co roku ten sam mechanizm, te same hasła, te same obietnice składane komuś, kto doskonale wie, że nie dotrzymamy słowa. Sobie samym. I to jest w tym wszystkim najzabawniejsze, a jednocześnie najbardziej smutne.
Zaczyna się niewinnie. Sylwester, północ, zegar wybija nowy rok, a my razem z nim wchodzimy w tryb „nowa wersja mnie”. Jakby 1 stycznia był aktualizacją systemu, która magicznie naprawi błędy z poprzedniego roku. Nagle wszyscy chcą być zdrowsi, mądrzejsi, spokojniejsi, bogatsi i lepsi w relacjach. Nagle każdy wie, co robił źle przez ostatnie dwanaście miesięcy i jak bardzo „od jutra” to wszystko się zmieni.
Problem w tym, że to „od jutra” nigdy nie było dobrym terminem.
Postanowienia są piękne w teorii, bo są czyste. Nieskalane życiem. W głowie wyglądają jak idealny plan treningowy, dieta bez potknięć, poranki z energią i wieczory bez zmęczenia. Tyle że życie nie ma trybu demonstracyjnego. Życie wchodzi z buta już 2 stycznia. Z pracą, z rachunkami, z bólem głowy, z brakiem snu, z telefonem, który dzwoni dokładnie wtedy, gdy nie masz na to siły. I wtedy okazuje się, że nowa wersja ciebie jest jakaś taka… niedopracowana.
Szybko zapominamy, bo pamięć wymaga wysiłku. Trzeba pamiętać, dlaczego w ogóle coś postanowiliśmy. Trzeba pamiętać, co nas bolało, co uwierało, co naprawdę chcieliśmy zmienić. A to nie jest przyjemne. Łatwiej pamiętać hasło niż powód. Łatwiej powiedzieć „będę ćwiczyć”, niż wrócić myślami do momentu, w którym zabrakło ci tchu po schodach albo do lustra, w którym nie chciałeś się zatrzymać wzrokiem. Pamięć boli, więc ją wygładzamy. A wygładzone postanowienia nie mają siły.
Szybko się zniechęcamy, bo oczekujemy efektów w tempie internetu. Chcemy zmiany natychmiast, najlepiej w tydzień, maksymalnie w miesiąc. A kiedy po dwóch tygodniach nadal jesteśmy sobą, tylko bardziej zmęczonymi, zaczyna się klasyczne: „to nie ma sensu”. I tu jest haczyk – sens jest, tylko nie tam, gdzie go szukamy. Zmiana nigdy nie jest widowiskowa. Nie ma fanfar, nie ma oklasków. Zazwyczaj wygląda jak nudna konsekwencja i robienie rzeczy, na które nie masz ochoty. A nuda nie sprzedaje się dobrze, nawet samemu sobie.
Szybko odpuszczamy, bo nauczyliśmy się odpuszczania jako strategii przetrwania. Przez cały rok coś odpuszczaliśmy: plany, marzenia, relacje, ambicje. Bo trzeba było, bo się nie dało, bo nie było czasu. I w tym sensie postanowienia noworoczne są trochę jak ostatni bastion wiary, że jeszcze mamy kontrolę. A kiedy ten bastion pada, wracamy do znanego schematu: „taki już jestem”, „może w przyszłym roku”, „teraz to nie moment”.
I nie chodzi o to, że jesteśmy słabi. Chodzi o to, że często źle stawiamy akcenty. Postanowienia traktujemy jak deklaracje, a nie jak proces. Jak jednorazowy akt woli, a nie serię małych decyzji. Chcemy zmienić całe życie, zamiast zmienić jeden nawyk. Chcemy być kimś innym, zamiast być trochę lepszą wersją siebie z wczoraj.
Jest w tym też sporo zbiorowej hipokryzji. Media, reklamy, social media pompują narrację: „nowy rok, nowy ty”. Jakby stary ty był do wyrzucenia. Jakby wszystko, co było wcześniej, było błędem. A przecież to bzdura. Stary ty to jedyny materiał, z którego możesz cokolwiek zbudować. Z wszystkimi pęknięciami, zmęczeniem, potknięciami i porażkami. Bez tego nie ma zmiany, jest tylko ucieczka.
Może więc problem nie leży w tym, że postanowienia są złe. Może problem w tym, że są zbyt głośne. Zbyt deklaratywne. Zbyt wystawione na pokaz. Może zamiast krzyczeć „od stycznia zmieniam wszystko”, lepiej powiedzieć cicho „dziś spróbuję nie spieprzyć jednego dnia”. Bez świadków. Bez presji. Bez licznika porażek.
Bo prawda jest taka, że większość prawdziwych zmian zaczyna się nie w styczniu, tylko w zwykły wtorek, kiedy nikt nie patrzy. Nie wtedy, gdy jesteś zmotywowany, tylko wtedy, gdy jesteś zmęczony, a mimo to robisz swoje. Nie wtedy, gdy wierzysz w spektakularny efekt, tylko wtedy, gdy godzisz się na powolność.
Postanowienia noworoczne są fajne. Dają złudzenie nowego początku. Ale jeśli mają mieć jakąkolwiek wartość, muszą zejść z poziomu haseł na poziom codzienności. Muszą przestać być obietnicą na rok, a stać się decyzją na dziś.
Bo nie przegrywamy dlatego, że zapominamy, zniechęcamy się i odpuszczamy. Przegrywamy wtedy, gdy przestajemy próbować w ogóle. A to już nie jest kwestia kalendarza. To jest kwestia uczciwości wobec siebie.
I może to jest jedyne postanowienie, które naprawdę ma sens: nie być idealnym, tylko być w grze. Nawet jeśli czasem ławka rezerwowych. Nawet jeśli bez formy. Nawet jeśli z przerwami.
Reszta to tylko data na górze kartki.
Uważasz materiał za interesujący? Podziel się!



Opublikuj komentarz