Święta, święta… | Hajpowisko #39
Święta zawsze miały w sobie coś, czego nie da się zamknąć w jednym zdaniu. Coś pomiędzy wzruszeniem a ciężarem, między ciepłem a zmęczeniem. I właśnie to jest ich prawdziwą istotą. Nie lukier, nie idealne zdjęcia, nie reklamy z uśmiechniętą rodziną przy stole. Tylko ten dziwny stan zawieszenia, w którym człowiek na chwilę przestaje uciekać przed sobą. Przestaje uciekać, wyłącza instynkty i daje się absolutnie pochłonąć.
Bo prawda jest taka, że święta nie są po to, żeby było ładnie. One są po to, żeby było prawdziwie.
Kiedy byliśmy dziećmi, wszystko wydawało się prostsze. Pachniało choinką, mandarynką i świeżo rozpakowanymi prezentami. Świat zwalniał, jakby ktoś odłączył go od prądu. Nie było pośpiechu, nie było porównań, nie było tej wewnętrznej presji, że trzeba coś udowodnić. Było ciepło – nie od grzejników, tylko od obecności. I nawet jeśli w domu nie było idealnie, to był to nasz chaos. Bezpieczny. Znajomy.
Dziś jest inaczej. Święta przychodzą, kiedy jesteśmy zmęczeni do granic. Kiedy życie zdążyło nas przemielić, a my próbujemy udawać, że wszystko mamy pod kontrolą. Zamiast czekać na nie z ekscytacją, sprawdzamy listy zadań. Zamiast rozmów – powiadomienia. Zamiast ciszy – hałas świata, który nie potrafi się zatrzymać nawet na chwilę.
I właśnie dlatego te święta bywają trudne. Bo konfrontują nas z tym, czego najbardziej unikamy. Z pustką po kimś, kogo już nie ma. Z relacjami, które się rozluźniły. Z myślą, że już nie jesteśmy tacy sami jak kiedyś. Że coś się skończyło. Że coś bezpowrotnie minęło.
A jednak – paradoksalnie to w tych chwilach święta są najbardziej prawdziwe. Nie wtedy, gdy wszystko się zgadza, tylko wtedy, gdy coś uwiera. Kiedy siadamy przy stole i czujemy, że brakuje jednego głosu. Kiedy łapiemy się na tym, że chcielibyśmy powiedzieć „przepraszam”, ale nie wiemy jak. Kiedy milczenie mówi więcej niż rozmowa.
I może właśnie o to chodzi. Żeby nie udawać, że jest idealnie. Żeby nie próbować na siłę odtwarzać obrazka z reklamy. Bo prawdziwe święta nie są o perfekcji. Są o obecności. O tym, że mimo wszystko jesteśmy. Razem. Że potrafimy usiąść obok siebie, nawet jeśli nie wszystko jest poukładane. Że potrafimy spojrzeć komuś w oczy bez maski.
Może dlatego co roku wracamy do tych samych filmów, do tych samych melodii, do tych samych historii. Nie dlatego, że są wybitne, tylko dlatego, że dają poczucie ciągłości. Że coś trwa, nawet gdy wszystko inne się zmienia. Że w tym świecie pełnym pośpiechu wciąż jest miejsce na chwilę zatrzymania.
I może właśnie o to chodzi w świętach. Nie o idealny stół, nie o prezenty, nie o instagramowy kadr. Ale o moment, w którym na chwilę przestajemy udawać, że mamy wszystko pod kontrolą. O moment, w którym pozwalamy sobie być po prostu ludźmi – zmęczonymi, nieidealnymi, prawdziwymi.
Bo święta nie muszą być piękne. Wystarczy, że są prawdziwe. A to czasem więcej niż wszystko inne.
Uważasz materiał za interesujący? Podziel się!



Opublikuj komentarz