Rocznica Bawełniana | Hajpowisko #48
24 miesiące.
730 dni.
17 520 godzin.
1 051 200 minut.
Tylko tyle. Albo aż tyle. Tyle właśnie Agata Wojda piastuje stanowisko prezydentki Kielc. Tak, prezydentki. I spokojnie, możecie już odłożyć telefony po wpisaniu komentarza „hehe prezydentka”. Świat się nie zawalił. Język polski też przeżył. Kielce zresztą miały w ostatnich dwóch latach znacznie większe problemy niż feminatywy.
No właśnie. Co to właściwie było?
Bo to był ciężki czas. Dziwny czas. Momentami mocny. Momentami męczący. Taki, w którym człowiek czasem miał wrażenie, że Kielce próbują jednocześnie przyspieszyć i stać w miejscu. Miasto między prezentacją PowerPoint a placem budowy. Miasto między „wielkimi projektami” a mieszkańcem, który po prostu chce wiedzieć, czy będzie miał gdzie zaparkować i czemu autobus znowu nie przyjechał. I nie ma co udawać, że to jest jakiś luksusowy problem. To jest codzienność. Ta prawdziwa, nie ta z wizualizacji.
I od tego trzeba zacząć uczciwie. Agata Wojda nie dostała miasta łatwego. Dostała Kielce zmęczone. Kielce, które od lat słyszą, że „za chwilę będzie rozwój”. Kielce wiecznie aspirujące. Wiecznie „w procesie”. Miasto, które ma ambicje większe niż budżet i kompleksy większe niż niejedna metropolia. Taki trochę człowiek, co zawsze ma plan, tylko nigdy nie ma czasu, żeby go zrobić.
I właśnie w to wszystko weszła Wojda z hasłem „Kielce dla wszystkich”. Bardzo ładnym. Bardzo politycznie bezpiecznym. Takim, którego nie da się zaatakować, bo przecież nikt oficjalnie nie powie, że chce „Kielc dla wybranych”. Problem zaczyna się później. Kiedy z hasła trzeba zrobić realne rządzenie. A rządzenie w Kielcach przypomina czasem próbę prowadzenia autobusu MPK po remoncie. Wszyscy krzyczą, każdy wie lepiej, a kierownica i tak chodzi ciężko. Raz cię ściąga w jedną stronę, bo rada. Raz w drugą, bo budżet. Raz w trzecią, bo mieszkańcy. A ty masz dojechać bez wypadku.
I trzeba jej oddać jedno. Ona naprawdę próbuje rządzić projektami. Nie konferencjami. Nie przecinaniem wstążek co dwa dni. Tylko projektami. Plac Wolności. Silnica. Autobusy elektryczne. Inkubator California. Mieszkania komunalne. Karta Mieszkańca. Problem polega na tym, że mieszkańcy nie żyją projektami. Mieszkańcy żyją codziennością. I tu zaczyna się największy problem tej kadencji. Asymetria czasu.
Bo polityk żyje perspektywą „za trzy lata będzie efekt”. Mieszkaniec żyje perspektywą „dlaczego dziś stoję w korku”.
I to jest coś, co bardzo mocno widać w stylu Wojdy. Ona momentami bardziej przypomina technokratkę niż klasyczną polityczkę. Dużo planowania. Dużo konsultacji. Dużo szukania finansowania. Dużo mówienia o procesie. I to ma sens. Serio ma. Tylko że polityka to nie tylko Excel i prezentacje. Polityka to emocje. A emocje w Kielcach są ostatnio gęste jak zaprawa murarska. Tu wystarczy jedno źle postawione słowo, jedno „to potrwa”, jedna odpowiedź z półuśmiechem, a ludzie już mają poczucie, że są zbywani. I potem nie ma rozmowy o projektach. Jest rozmowa o tym, że „oni tam w ratuszu”.
Najlepiej było to widać przy Radzie Miasta. Bo te dwa lata to nie jest historia spokojnego rządzenia. To jest historia nieustannego politycznego przeciągania liny. Wojda wygrała wybory, ale Kielce nie dały jej komfortu pełnej kontroli. I od tamtej pory trwa coś pomiędzy współpracą, rozejmem a regularnym napierdalaniem się proceduralnym. I ja wiem, że to brzmi jak mem, ale to jest prawdziwy problem. Miasto nie ma czasu na permanentne zwarcie. Miasto potrzebuje decyzji.
Brak wotum zaufania? To była potężna polityczna żółta kartka. Nie taka, która od razu wywraca stolik, ale taka, po której wszyscy już siedzą bardziej nerwowo. Bo z jednej strony absolutorium przeszło, czyli formalnie wszystko się spinało. Z drugiej, polityczny komunikat był jasny: „nie ufamy ci tak, jak chciałabyś”. I od tamtego momentu każda większa decyzja zaczęła wyglądać trochę jak gra w miejskiego pokera. Kto się ugnie. Kto blefuje. Kto się obrazi. Kto zagra pod publiczkę. A rachunek i tak płaci miasto.
Budżet? Awantura.
MPK? Awantura.
Baza autobusowa? Awantura.
Parking? Awantura.
Centrum czy osiedla? Awantura.
Czasami człowiek ma wrażenie, że w Kielcach nawet postawienie ławki mogłoby skończyć się trzygodzinną debatą o przyszłości cywilizacji łacińskiej. Po czym i tak ktoś by wyszedł i powiedział, że ławka jest ideologiczna.
I teraz najważniejsze: czy Wojda jest złą prezydentką? Nie. To byłoby intelektualnie leniwe. Kielce nie potrzebują dziś kibicowskich ocen, że wszystko jest super albo wszystko jest do dupy. Kielce potrzebują uczciwej oceny. Nawet jeśli ona nie pasuje ani fanom, ani hejterom. Ale czy jest prezydentką łatwą do pokochania politycznie? Też nie. Bo ona nie uprawia polityki opartej na prostym „wow”. To nie jest typ przywództwa, który codziennie daje mieszkańcom cukierka do social mediów. To jest bardziej model „najpierw dokumentacja, potem efekty”. Problem polega na tym, że w Polsce cierpliwość społeczna kończy się mniej więcej po dwóch stories na Instagramie.
Jednocześnie trzeba powiedzieć coś brutalnie uczciwego: Kielce pierwszy raz od dawna zaczęły mówić o sobie językiem rozwoju, a nie tylko przetrwania. I to jest duża zmiana. Nawet jeśli jeszcze bardziej na poziomie kierunku niż efektu końcowego. Bo przez lata Kielce często wyglądały jak miasto, które przede wszystkim chce „nie wypaść źle”. Żeby nie było wstydu. Żeby nie było memów. Żeby nie było kolejnej łatki. A teraz widać próbę zbudowania czegoś większego. Czy to wyjdzie? To jest zupełnie inne pytanie.
Transport publiczny to zresztą idealny symbol tej kadencji. Autobusy elektryczne brzmią pięknie. Zielony rozwój brzmi pięknie. Konsultacje społeczne brzmią super. Tylko potem przychodzi mieszkaniec i mówi: „fajnie, ale autobus dalej mi uciekł”. I nagle cała narracja rozbija się o codzienność. Samorząd jest brutalny właśnie dlatego, że mieszkańca nie interesuje wizja. Mieszkańca interesuje, czy działa. A transport jest wdzięczny do bicia, bo jak działa, nikt nie bije brawo. Jak nie działa, to jest temat numer jeden w mieście.
Ale są też rzeczy, których nie można jej odmówić. Mieszkalnictwo komunalne? Wreszcie ktoś zaczął o tym mówić poważnie, a nie jak o temacie, który najlepiej przykryć wizualizacją apartamentowca premium. Rewitalizacja? Wreszcie coś zaczęło się ruszać poza samym hasłem „ożywimy centrum”. Finansowanie zewnętrzne? Tu naprawdę wykonano robotę. I nawet najwięksi przeciwnicy Wojdy muszą uczciwie przyznać, że te dwa lata to nie było siedzenie i przeczekiwanie kadencji.
Problem jest inny. W Kielcach wszystko jest natychmiast polityczne. Absolutnie wszystko. Chcesz parking? Jesteś przeciw zieleni. Chcesz autobusów? Nienawidzisz kierowców. Chcesz inwestycji? Pewnie „betonoza”. Chcesz rewitalizacji? Na pewno „pod deweloperów”. Momentami wygląda to tak, jakby miasto było tak zmęczone własnym marazmem, że boi się jakiejkolwiek większej zmiany. I jak się boi, to reaguje nerwem.
I chyba właśnie dlatego te dwa lata są tak trudne do jednoznacznej oceny. Bo to nie jest ani spektakularny sukces, ani spektakularna katastrofa. To jest raczej kadencja budowania fundamentów pod coś, co dopiero ma zostać ocenione. Problem w tym, że polityka nie lubi odroczonych recenzji. Polityka chce efektu teraz. Już. Natychmiast.
A Kielce? Kielce są dziś trochę jak człowiek po ciężkim treningu. Jeszcze nie widać formy, ale już czuć zmęczenie. I to zmęczenie potrafi zrobić największą krzywdę, bo zmęczone miasto szybko się obraża, szybko się frustruje i szybko wraca do tekstu: „u nas się nie da”.
I może właśnie to jest najlepsze podsumowanie rządów Agaty Wojdy po tych 24 miesiącach: to nie jest jeszcze historia sukcesu. Ale to też zdecydowanie nie jest historia upadku. To jest historia miasta, które próbuje zdecydować, czym chce być. I prezydentki, która próbuje tym procesem zarządzać w miejscu, gdzie każdy ma własną wizję mapy.
A czy Kielce za dwa lata powiedzą: „to był dobry wybór”?
No właśnie.
To będzie prawdziwy test.
Nie test konferencji, nie test ładnych haseł, nie test slajdów. Tylko test tego, czy te wszystkie „procesy” zamienią się w rzeczy, które naprawdę czuć. Na ulicy. Na osiedlu. W portfelu. W czasie dojazdu. W zwykłym życiu.
Bo w Kielcach na końcu i tak liczy się jedno: czy da się tu żyć łatwiej, a nie czy da się to ładnie opowiedzieć.
Uważasz materiał za interesujący? Podziel się!



Opublikuj komentarz